your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

17TNH: KONKURS NOWE HORYZONTY

W tym roku uczestniczymy w odświeżonej formule festiwalu Nowe Horyzonty. Pojawiły się nowe sekcje, inne zostały zmodyfikowane. Pozostał jeden konkurs - ten główny, który zawsze był wizytówką imprezy, bo to tam było miejsce dla filmów eksperymentujących i bezkompromisowych.

Przez te kilkanaście lat od kiedy funkcjonują Nowe Horyzonty wiele się jednak zmieniło. Festiwali w Polsce organizowanych jest coraz więcej, zaś dostęp - nawet do produkcji art-house'owych - staje się coraz łatwiejszy. Mnogość filmowych produkcji oraz większa ich dostępności nie idzie zarazem w parze z coraz lepszym ich poziomem. Następców Bruno Dumonta, Guya Maddina czy Tsaia Ming-lianga ciągle nie widać. Dlatego pewnie już jakiś czas temu nowohoryzontowy konkurs z pojemnej sali nr 9 przeniósł się do mniejszej sali nr 8. Konkurując z oczekiwanymi, canneńskimi premierami, siłą rzeczy przegrywał starcie.

Chciałoby się powiedzieć, że w tym roku konkurs wstał z kolan, ale tak do końca nie było. Poziom w porównaniu do lat ubiegłych był wyższy, a niektóre tytuły na papierze wydawały się bardzo atrakcyjne. Honoru "starej" nowohoryzontowości bronili Dane Komljen i Sandra Wollner, oboje całkiem udanie. Do Wrocławia powrócił Norman Leto, ale z dość klasycznym dokumentem. Przywiezione z Cannes "Western" i "Makala" to też dość tradycyjne produkcje. Prawdziwy powiew świeżości przybył ze Skandynawii - "Zimowi bracia" to cudowna perełka nie tylko w konkursie, ale i w całym festiwalu. Poniżej przegląd konkursowych propozycji - od najlepszych do najgorszych*.


1. HLYNUR PALMASON: ZIMOWI BRACIA

Gdyby bracia Grimm żyli i tworzyli w XXI wieku, "Zimowi Bracia" mogli być ekranizacją ich baśni. To bowiem film z jednej strony fascynująco ponury i mroczny, z drugiej fantazyjny i fantasmagoryczny, w którym posępna poetyka realizmu magicznego miesza się z czarnym humorem i rodzinnym dramatem zamkniętym w odizolowanej społeczności pracowników fabryki cementu gdzieś we wschodniej Danii. Mieszkają oni w rozklekotanych, małych domkach, a rytm ich egzystencji wyznacza praca i związane z nią powtarzalne, małe rytuały. Częścią tej zbiorowości są dwaj bracia – Emil i Johan – z których szczególnie ten pierwszy wprowadza sporo ekstrawagancji w szarą, robotniczą codzienność. Nie tylko dlatego, że pełni w tej społeczności swoistą rolę miejscowego błazna, śmiesznego, ale również irytującego. Emil kradnie też chemikalia z fabryki, z których produkuje bimber nabywany przez jego kolegów z pracy, co wpędzi go w poważne kłopoty. Jego niefrasobliwość i dziwactwa w końcu wykluczą go ze wspólnoty i sprowadzą na niego gniew współpracowników. Zawodu przysporzy mu też brat, w którym Emil znajdywał oparcie nie tylko jako w krewniaku, ale też właściwie jedynym przyjacielu. Hlynur Pálmason dla swojej opowieści doskonale wykorzystuje środowisko odosobnionej fabryki na mroźnym pustkowiu. W „Zimowych Braciach” ma ona wymiar miejsca niemalże mitycznego, gdzie ciemność wykopanych pod ziemią tuneli złowieszczo kontrastuje ze złudnie spokojnymi, białymi połaciami wapiennych pyłów na powierzchni, zaś izolacja służy uwalnianiu się mroku z ludzkiej duszy. Niezwykła jest też struktura tego filmu, gdzie narracja prowadzona jest w pozornie linearny sposób, a mimo to ma się wrażenie paranoicznie wręcz zagiętej czasoprzestrzeni. Zupełnie jak w surrealistycznych baśniach, gdzie zło i nikczemność nie kryją się wcale w ciemności, ale w nieprzeniknionych ludzkich umysłach.


2. DANE KOMLJEN: WSZYSTKIE MIASTA PÓŁNOCY

Dwóch mężczyzn anektuje opuszczony hotel gdzieś na totalnym uboczu. Nie znają się, nie mówią wiele, ale doskonale się rozumieją. Razem poszukują jedzenia w okolicy, a wieczorem – głównie w ciszy – spędzają czas w swoim namiocie. Ich spokój zburzy jednak pojawienie się obcego – trzeciego mężczyzny, który nieco naruszy podstawy tej dwuosobowej wspólnoty. „Wszystkie miasta Północy” to wyciszony film o współczesnej samotności (z wyboru? z konieczności?), o cywilizacyjnym wyobcowaniu i niepamięci, która dotyka nie tylko porzucone w ferworze politycznych i społecznych przemian projekty budowlane, ale też ludzi zagubionych gdzieś po drodze. Dane Komljen nie snuje bynajmniej jakichkolwiek nowatorskich refleksji i w dodatku robi to w przemielonej już latami manierze ascetycznego slow-cinema, ale jednak w warstwie wizualnej dodaje coś autorskiego i całkiem frapującego. We „Wszystkich miastach Północy” ciekawe potraktowano zaniedbaną przestrzeń, z jednej strony podchodząc do niej z charakterystyczną dla dokumentacji architektury precyzją i neutralnością, z drugiej – w tych fotograficznych obrazach zapomnianych budowli i ludzi podskórnie zawierając poetycką wręcz nostalgię i rozgoryczenie współczesnością. Na chłodno, bez emocji i skrupułów porzucającą wszystko to, co za nią nie nadąża.


3. VALESKA GRISEBACH: WESTERN

Film spokojny niczym skąpane w letnim słońcu bułgarsko-greckie pogranicze, na którym robotnicy z Niemiec mają wybudować lokalną infrastrukturę. Wszyscy dostrzegają absurd sytuacji, kiedy to najemni pracownicy z bogatego Zachodu przybywają w celach zarobkowych do biednej Bułgarii, ale jakoś przechodzą nad tym do porządku dziennego. Lokalna specyfika może generować drobne napięcia, ale przy rakiji można rozwiązać wiele problemów. W tej małej, wiejskiej wspólnocie coraz lepiej zaczyna czuć się Meinhard, a coraz gorzej w grupie swoich nieco bezczelnych rodaków. Emerytowany komandos, aktualnie wyciszony samotnik i pracownik fizyczny, czuły barbarzyńca, wśród prostolinijnych Bułgarów, pomimo językowej bariery, odnajduje spokój, przyjaciół i małą radość życia. "Western" nie jest ani filmem o zderzeniu kultur, ani fabułą opiewającym sielską, prostą wieś. To czuły, wypełniony subtelną goryczą i łagodnym humorem obraz o samotności i poszukiwaniu własnej małej ojczyzny, o oderwaniu od korzeni i redefiniowaniu sensu życia. Gdzieś na marginesie Valeska Grisebach gorzko też podsumowuje społeczną ekonomikę w ramach Unii Europejskiej, ale daleko jej od publicystycznego moralizatorstwa.


4. SANDRA WOLLNER: OBRAZ NIEMOŻLIWY

Czysto teoretycznie pomysł na tem film jest wspaniały i niesamowity (a jednocześnie stanowi kwintesencję pojęcia nowohoryzontowości). 13-letnia dziewczynka z kamerą filmuje swoich bliskich - wielopokoleniową rodzinę zamieszkającą w Wiedniu w latach 50. Dziadek, niegdyś żołnierz, w samotności wznosi toasty za minione czasy, babcia i jej koleżanki krzątają się po kuchni, ktoś w kącie próbuje powstrzymać łzy, toczą się jakieś rozmowy, których zostajemy świadkami ani nie na ich początku, ani na końcu. Co się wydarzyło pomiędzy i co się dzieje z tą rodziną, pozostaje w sferze domysłów i rozgrywa się już praktycznie tylko w wyobraźni widza. "Obraz Niemożliwy" ma tylko tę wadę, iż ma on naftalinową formę wygrzebanej ze strachu taśmy, w trakcie oglądania której w końcu odczuwa się, że to nie nasi krewni, nie nasze wspomnienia, nie nasze tajemnice. Ta historia jest po prostu zbyt daleko, by była dostatecznie angażująca.


5. ŁUKASZ RONDUDA: SERCE MIŁOŚCI

Intrygujący portret artystów-ekscentryków Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, który za pomocą ożywczych środków filmowych zgłębia ich osobliwą relację. Przy okazji zadając też pytanie, czy miłość i sztuka mogą ze sobą zgodnie funkcjonować i bezkolizyjnie się przenikać w sytuacji, gdy życie dwojga ludzi zdaje się być nieustającym performance'm. "Serce Miłości" jakkolwiek oryginalne na naszym rodzimym podwórku, stara się być odważne i jednocześnie przystępne, harmonijnie łączyć ekstrawagancję (zwłaszcza tą wizualną) ze standardowym storytellingiem. Sprawia wrażenie spojrzenia bardzo intymnego, ale też widz może się tu poczuć, jakby brał udział w jakimś wyrachowanym, przewrotnym i błyskotliwie zaprojektowanym spektaklu. Absolutnie genialni w swoich niezwykłych kreacjach są Jacek Poniedziałek i Justyna Wasilewska. Dla nich na pewno warto zobaczyć ten film.


6. JOSHUA Z. WEINSTEIN: MENASHE

Film porównywany do fantastycznego "Wypełnić Pustkę", ale w przeciwieństwie do filmu Ramy Burshtein, przewodnikiem po zamkniętej, chasydzkiej społeczności jest mężczyzna, tytułowy Menashe. Człowiek życiowo zagubiony i niepoukładany, który po śmierci żony, dbającej o domowe ognisko, stara się udowodnić swojej wspólnocie, że gotowy jest, by zaopiekować się swoim synkiem. Dramat Menashe polega na tym, że mimo najszczerszych chęci i autentycznej potrzeby dostosowania się do surowych, chasydzkich zasad, coś ciągle mu nie wychodzi, czegoś ciągle nie rozumie. Z perspektywy widza z zewnątrz zasady społeczności, w jakiej funkcjonuje Menashe, wydają się niezbyt sprawiedliwe i nadmiernie rygorystyczne, ale bohater nie ma zamiaru się im sprzeciwiać, z determinacją chce się im za to poddać. To ciekawy punkt widzenia, ale wspomniana Rama Burshtein pokazało to samo w dużo bardziej wyrafinowany, cudowny sposób.


7. NORMAN LETO: PHOTON

Filmowy esej popularno-naukowy, w którym Andrzej Chyra wciela się w postać biologa molekularnego i narratora opowieści o tym, jak powstał wszechświat i człowiek, z największym zainteresowaniem przyglądając się szczególnie tym najmniejszym cząsteczkom, od których wszystko się zaczęło, a potem rozwijało. Efektownej, ale niekrzykliwej animacji towarzyszy całkiem przyjemny (bo też lekko upraszczający sprawę, co autorzy nawet przyznają w filmie) komentarz, w którym w gąszczu akademickich teorii znalazło się też miejsce na dowcip i przykłady „z życia wzięte”. Całość zaś puentuje teoria, co czeka człowieka i wszechświat w perspektywie kolejnych kilkuset, tysięcy lat opierająca na znanej w fantastyce naukowej teorii technologicznej osobliwości. Twórca „Photonu” – Norman Leto – to znana (nomen omen) osobliwość nowohoryzontowego festiwalu. Trochę taka żywa legenda tej imprezy, więc naturalne jest, że polska premiera filmu (po pokazach w Kopenhadze i Toronto) odbyła się właśnie we Wrocławiu. W przypadku tej produkcji mamy jednak do czynienia z klasycznym dokumentem o wręcz edukacyjnych walorach, nawet w obrębie tego gatunku nie ma tu nic specjalnie nowatorskiego, eksperymentującego, nowohoryzontowego.


8. EMMANUEL GRAS: MAKALA

Dla takich filmów jak "Makala" powinno stworzyć się osobny podgatunek - kino o tym, że ciężkie jest życie w Afryce (na NH jest jeszcze jeden reprezentant tej grupy - "Felicite"). Portretuje ono poczciwych Afrykańczyków (w "Makali" rolnika z Demokratycznej Republiki Konga), którzy ciężko pracują, starają się, jak mogą, by zapewnić sobie i swoim bliskim egzystencjalne minimum. Życie ciągle rzuca im kłody pod nogi, ale ich determinacja właściwie nie słabnie. Niezłomnie mają nadzieję na odwrócenie swojego losu, pozostając ludźmi prostymi i poczciwymi. Widz może im kibicować oraz trzymać za nich kciuki, ale w sumie niewiele to zmieni - za rok na kolejnym festiwalu pojawi się następny film o tym, że ciężkie jest życie w Afryce...


9. MICHEL LIPKES: NIESAMOWITE, ALE PRAWDZIWE

Niesamowite, ale prawdziwe, że są jeszcze twórcy, którzy myślą, że w stanie zainteresować kogoś opowieścią o utraconej niewinności i moralnym upadku, sięgając po tak banalne metafory jak ciemna noc, wysypisko śmieci, wąż wypełzający z otchłani brudu. Gdyby epatuje się syfem i biedą, warto przynajmniej zachować konsekwencję, a tej najbardziej zabrakło Lipkesowi. Swój film próbował złączyć z monochromatycznych epizodów o zakochanej parze w miejskim piekle społecznych nizin, ale ciężko w ogóle przejąć się tymi bohaterami, a tym bardziej beznadziejną rzeczywistością, w której żyją.

* Nie widziałam filmów "Ptaki śpiewają w Kigali", "Trzy kobiety" i "Wszystko inne".

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook