your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

AFF 2017: ROTACJA AWANSUJĄCA

Na American Film Festival zrobiło się w tym roku trochę tenisowo, bo przedpremierowo można tu zobaczyć dwa tytuły o ikonach tego sportu.

Pierwsza opowiada o okolicznościach słynnego pojedynku ówczesnej liderki żeńskiej rywalizacji Billy Jean King i tenisowego old boya, Bobby'ego Riggsa, druga - o kulisach słynnego finału Wimbledonu, w którym wielki mistrz Björn Borg miał stanąć do rywalizacji z młodym gniewnym Johnem McEnroe. Pomijając fakt, że ani King nigdy nie była tak ładna i urocza jak Emma Stone, a Shia LaBeouf w ogóle nie przypomina wymoczkowego gówniarza, którym wtedy był McEnroe, oba te filmy dzieli przepaść.

"Wojna Płci" wpisuje się bowiem w anachroniczny schemat słusznego, acz przebojowego kina typu "Służące" czy "Hidden Figures", bo fakty z życia wzięte, barwne postacie, głośna historia, walka kobiet o równouprawnienie w skostniałych latach 70. (ciekawe jednak, że nikt nawet na napisach końcowych nie zająknął się, że to równouprawnienie kobiet w tenisie, jakie znamy teraz, dokonało się właściwie jakieś 20 lat po opowiadanych w filmie wydarzeniach). Pośród całej masy klisz, która pasowałaby do każdego innego filmu o ciemiężonej mniejszości walczącej o swojej prawa, zginęła w tym filmie gdzieś niezwykłość postaci Billy Jean King i Bobby'ego Riggsa. Choć w przypadku tego drugiego znakomity Steve Carell robi akurat wszystko, by oddać jej efektowne grubiaństwo i skomplikowaną naturę tak, by to nie był do końca czysto negatywny bohater tej historii. Po "Wojnie Płci" odniosłam jednak wrażenie, że nikt z twórców w ogóle nie rozumie tenisa (ani tamtego z przeszłości, ani współczesnego), a interesuje ich jedynie atrakcyjny temat, sprowadzony i tak głównie do kwestii finansowych oraz na drugim planie do tego, jakie odstępstwa od "normy" zaakceptuje widownia w wizerunku swojego idola.

Na tym tle "Borg/McEnroe" wygląda, jak film z nieco innej galaktyki (może dlatego, że to film o męskim tenisie, hehe). Nie dlatego, że w jakimś stopniu dekonstruuje schemat biophicu, bo tego niestety nie robi. W retrospektywach w przerwach między poszczególnymi rundami wimbledońskiego turnieju 1980 oglądamy więc trudne dzieciństwo obu bohaterów oraz ich wyboistą drogę na szczyt. Niezwykłe jednak w "Borgu/McEnroe" jest to, że film porywa się na realizację karkołomnego pomysłu - narzucenia dramaturgii tenisowego meczu narracji filmowej. Elektryzujące wymiany, emocjonujące gemy, momenty przestroju czy wyczekiwania, nerwowe przerwy, komentatorskie domniemania i analizy snute językiem filmowym. Sympatycy tego sportu odnajdą się tu znakomicie. To produkcja, która ma też w sobie zarówno coś z przebojowego mainstreamu, jak i stonowanego kina art house'owego. I ta mieszanka wypada naprawdę nieźle. Najbliżej "Borgowi/McEnroe" do świetnego "Wyścigu" Rona Howarda, bo ramy sportowej rywalizacji służą tu przede wszystkim zderzeniu dwóch całkowicie odmiennych charakterów, temperamentów i pomysłów na karierę, które obnażają horrendalną cenę sportowego sukcesu. Filmowi Janusa Metza Pedersena towarzyszy też taka smutna nostalgia typowego fana tenisa - żal z powodu przedwczesnego końca kariera wielkiego Björna Borga oraz lekka pretensja spowodowana tym, jak ustandaryzowały się z czasem tenisowe kariery. Czy za 20 lat ktoś stworzy pasjonującą wiwisekcję rywalizacji Rogera Federera i Rafy Nadala? Szczerze wątpię, bo choć to wielcy zawodnicy, to nie ta dramaturgia, nie ten poziom emocji.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook