10 najlepszych produkcji telewizyjnych 2015

Data:

Jeden z bohaterów „Master of None”, zasiadając z przyjaciółmi do nocnego maratonu i zarazem pierwszego spotkania z „Sherlockiem” z Benedictem Cumberbatchem, mówi, iż żyjemy w złotej erze telewizyjnych seriali. Każdą bowiem produkcją, która zaczyna oglądać, jest realnie zachwycony. Coś w tym jest, gdyż telewizja już dawno przestała karmić widzów jedynie niskich lotów rozrywką.

Mijający rok był kolejnym, w którym twórcy seriali wznosili się na wyżyny, proponując nowe opowieści lub reanimując te już znane. Głównie nad tą pierwszą grupą pochylę się w moim zestawieniu, choć na początek jedno, ważne wyróżnienie. Po dwóch poprzednich sezonach postawiłam już krzyżyk na niegdyś znakomitym „Homeland”, które zupełnie niespodziewanie zyskało nowe życie, stając się klasowym, sensacyjno-politycznym dreszczowcem poruszającym bardzo aktualną tematykę zagrożenia terroryzmem w Europie. Z fajną, nieschematyczną bohaterką, której prywatne rozkminy w końcu zeszły na drugi plan.

To był też rok, w którym pożegnaliśmy kilku zacnych, serialowych bohaterów. Najbardziej mi żal niezmordowanej idealistki Leslie Knope, pomimo że ostatnie sezony „Parks and Recreation” oglądałam bardziej z przyzwyczajenia niż przyjemności. Kochana Amy Poehler w końcu nie otrzymała zasłużonego Złotego Globa, w ostatnich latach uznając wyższość przebojowej Julii Louis-Dreyfus w roli groteskowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych. Tego problemu nie miał Jon Hamm, który za rolę Dona Drapera w „Mad Men” zdobył rozgłos i uznanie. Rozgrywa w Ameryce lat 60. historia błyskotliwego i skomplikowanego speca od reklamy znalazła w końcu swój, raczej gorzki, finał. Tego inteligentnego serialu na pewno też będzie brakować. Poniżej zaś zestawienie tego, co zostało do śledzenia przynajmniej przez kolejny rok.

10. „Flesh and Bone” to mroczna wiwisekcja świata nowojorskiej szkoły baletowej, przy której fabuła „Czarnego Łabędzia” przypomina bardziej bajkę dla dzieci. Dość powiedzieć, że w zaledwie ośmiu odcinkach pierwszego sezonu nie obyło się bez wątków kazirodczych, prób samobójczych czy przemytu ludzi przez rosyjską mafię. Przy tym wszystkim „Flesh and Bone” pozostaje jednak gęstym, brutalnym serialem psychologicznym, z wyjątkowo anormatywną, pokręconą bohaterką.

9. „Narcos” przypomina rewelacyjną produkcję Oliviera Assayasa „Carlos”, w której autentyczna biografia stała się efektownym widowiskiem, kilkugodzinnym spektaklem sensacyjnym z dokładność budując portret człowieka, czasów i okoliczności, w których stworzył swoją potęgę, a następnie upadł. W „Narcos” takim bohaterem jest Pablo Escobar – kultowy przemytnik i szalony wizjoner z Kolumbii.

8. Drugi sezon „True Detective”, z nowymi bohaterami i tłem, ma kilka mocnych scen i genialny, feministyczny finał, którego właściwie nie można było się spodziewać. Głównie z tego powodu serial w ogóle znalazł się w moim zestawieniu, bo oprócz nieco ciekawszej fabuły, zabrakło w nim przede wszystkim charyzmatycznych bohaterów, jakimi w pierwszej serii byli Martin Hart i Rust Cohle.

7. Serial o radzieckich szpiegach, którzy w wiarygodnym przebraniu typowej, amerykańskiej rodziny wypełniają swoje obowiązki dla jednej ze stron zimnowojennego konfliktu śledzę właściwie od początku. Jednak dopiero na poziomie trzeciego sezonu doszłam do wniosku, jak niezwykle inteligentną i przemyślaną produkcją są „The Americans”. Finał każdego sezonu sprawia, że czekanie niemalże rok na kolejną odsłonę szpiegowskiej intrygi niemiłosiernie się dłuży.

6. Po lekkiej obniżce formy „Orange Is The New Black” wraca na właściwie tory. Zaskakujące, że do tej pory funkcjonowanie Piper Chapman za więziennymi kratami, choć dalekie od sielanki, przypominało raczej wyjątkowo nieudany wakacyjny obóz dla niegrzecznych dziewczyn. Ale w ostatnim sezonie to się ewidentnie zmieniło, pozostawiając obietnicę, iż ta zmiana perspektywy podyktuje rozwój wydarzeń w kolejnej odsłonie serialu.

5. Nic się nie zmieniło. Ilana i Abbi z „Broad City” to w dalszym ciągu moje ulubione, upadłe, nowojorskie hipsterki. Gdy stworzone przez Lenę Dunham „Dziewczyny” brną w stronę trochę nieznośnej, przemądrzałej feministyczno-społecznej komediodramy, z bohaterkami, których po prostu nie da się lubić, twórczynie „Broad City” w brawurowy sposób bawią, uczą i straszą. Nie przejmując się tym, że czegoś tam może nie wypada. Im wypada wszystko i uchodzi bezkarnie.

4. Do „Master of None” podchodziłam z dużym dystansem, bo raczej nie zawsze przekonują mnie oceny seriali wystawiane przez amerykańskie magazyny opinii. Ale stworzony przez Aziza Ansariego i Alana Yanga format, który tylko z pozoru wygląda jak kolejny portret modnych Nowojorczyków i ich groteskowych problemów, to coś zdecydowanie bardziej wyrafinowanego. Nie tylko opowiada się tam o życiu w wielkim mieście z wyraźnej perspektywy etnicznej i kultowej mniejszości (te reprezentuje też większość znajomych Deva/Aziza), ale dość gorzko podsumowuje się osiągnięcia rówieśników Ansariego i Yanga. „Master of None” ma też coś, co nie tak często spotyka się w tego typu produkcjach – bohatera, którego się autentycznie lubi.

3. Takiego stężenia absurdalnego i ordynarnego poczucia humoru jak w „Wet Hot American Summer: First Day of Camp” właściwie w serialach telewizyjnych się nie spotyka. Są one bowiem dużo bardziej grzeczne niż ta zaskakująca produkcja Netflixa. Jest ona tym, o czym mówi jej tytuł – obrazkami z pierwszego dnia wakacyjnego obozu w lesie. Tyle że mamy początek lat 80., a nastoletnich uczestników letniego kempingu grają w przeważającej części dużo starsi aktorzy, w tym np. Amy Poehler, Bradley Cooper, Elizabeth Banks, Jason Schwartzman czy Kristen Wiig. To ewidentnie hołd złożonych niezapomnianemu „Beverly Hills 90210”. Zresztą różnych „hołdów”, pastiszów i żarcików z innych popularnych konwencji w „Wet Hot American Summer: First Day of Camp” nie brakuje. To po prostu trzeba zobaczyć.

2. W wybornym „Show Me a Hero” zaskoczyło mnie, jak kapitalnie połączyć można właściwie dwie historie i złożyć je w fascynujący obraz nieuchronnych, społecznych zmian, jakie zachodziły w Ameryce 20 lat temu. Z jednej strony, oglądamy administracyjne potyczki polityków nowojorskiego Yonkers, którzy nie chcą dopuścić do tego, głośno wspierani przez mieszkańców (i wyborców), by ich białe, bezpieczne osiedla zostały uzupełnione o komunalne kamienice dla kolorowych ludzi z marginesu, co narzuca lokalnym władzom stanowa ustawa. Z drugiej strony, oglądamy bezbarwną codzienność tejże biedoty, gdzie narracja prowadzona jest niemalże w tak surowy i nieinwazyjny sposób, jakby za kamerą siedział sam Frederick Wiseman. Oczywiście losy poszczególnych jednostek w końcu zazębią się ze sobą, ale to, co wydarzy się do tego czasu, ogląda się z ogromną przyjemnością.

1. Nie byłam fanką pierwszego sezonu „Fargo” – głównie dlatego, że już gdzieś słyszałam tę piosenkę. Niemniej doceniam kunszt narracyjny, aktorstwo i pomysł na odkurzenie w serialowej formie motywów z kultowego filmu. Drugi sezon „Fargo” to już trochę inna historia, w której mocno cofamy się w czasie do znanych już prowincjonalnych granic Północnej Dakoty. Na pierwszym planie śledzimy ciąg zdarzeń napędzanych w ruch przez wyjątkowo krwawe mafijne porachunki. Jak zwykle w przypadku produkcji spod znaku braci Coen mocno oderwanych od popularnych schematów i nawet na poziomie samej fabuły żyjących trochę własnym, nieprzewidywalnym życiem. Niemniej - if we are watching closely - dostrzeżemy w drugim „Fargo” wyrafinowany, konkretny panegiryk na politykę Ronalda Reagana i wizję Ameryki, którą on zaproponował. Myślę, że z czasem o tym serialu powstaną poważne, akademickie eseje. Polecam obejrzeć serial przed ich lekturą.

Założyłem tu konto tylko po to by napisać tu komentarz. Gdzie w tej liście znajduje się Mr Robot ? Pierwszy serial o hakerze w który można uwierzyć ? Prezentujący najgorsze i najlepsze co jest w społeczeństwie, pokazujący w przepiękny sposób odrealnienie głównego bohatera, jak w ułamku sekundy z miłego chłopca staje się psychopatycznym cynikiem ? Nie akceptuje tego braku.

O ile dobrze pamiętam autorka zestawienia uważa, że "Mr. Robot" jest bardzo wtórny, że od czasu "Fight Clubu" podobny schemat widziała nie raz i dlatego go w zestawieniu nie ma.

Oh, mogę dostać jakiś link ? Bardzo chętnie obejrzę coś wtórującego Mr Robotowi.

Proszę:http://filmaster.pl/film/fight-club/

Okoliczności trochę inne, bo powyższy film powstawał w nieco innych czasach, ale filozofia jakby podobna.

"Mr Robot" nie jest zły, ale naprawdę niewiele przyjemności daje mi oglądanie serialu, gdzie po 2. odcinku mniej więcej wiem, co się wydarzy. Chyba że są to seriale z cyklu "oparte na faktach"...

Zostawie to tutaj: http://mobile.nytimes.com/2016/01/11/movies/golden-globes-winners.html?
A fightclub oczywiście widziałem, miałem nadzieję na coś nowego w podobnym klimacie. I jestem zaskoczony, że wszystko rozpracowałaś, ja bylem zaskoczony kilkoma zwrotami akcji. Mnie serial złapał po 13 minutach. Polecam.

Bette Call Saul nie oglądałaś czy nie przypadło Ci do gustu?

Dodaj komentarz