5 najlepszych ról kobiecych 2014

Data:

Koniec roku zbliża się wielkimi krokami, a to zawsze okres wszelakich podsumowań. Nim tradycyjnie skupię się na najlepszych filmach, płytach i piosenkach, podążając za zeszłoroczną tradycją, chciałabym wyróżnić aktorów i aktorki, których kreacje w 2014 roku najbardziej zapadły mi w pamięć i czasem, kiedy film nie jest szczególnie wybitny, choćby dla tych ról warto go obejrzeć. Na początek pięć najlepszych występów kobiecych mijającego roku.

W ramach prologu dwa wyróżnienia za genialne role na małym ekranie. Po pierwsze, znów Tatiana Maslany, która w świecie tajemniczych kobiet-klonów i zagadki ich płodności w "Orphan Black" wciela się po raz kolejny w kilka ról i robi to po prostu wybornie. Nadaje każdej ze swoich bohaterek indywidualnych cech, a nie tylko z pomocą charakteryzatorów zmienia się fizycznie (bo w tym przypadku dzieje się to dość nienachalnie). Po drugie, Frances McDormand, która w miniserialu "Olive Kitteridge" stworzyła jedną z najlepszych, bo najbardziej złożonych i niejednoznacznych postaci w całej swojej bogatej przecież karierze. Szkoda, że współczesne kino nie wykorzystuje tej aktorki należycie (a robi to wręcz natrętnie np. w wypadku Meryl Streep).

Nie należę do grona miłośniczek horrorów. Oglądam głównie te najbardziej polecane tytuły w kinach albo te, które wybierają selekcjonerzy Black Bear FilmFest (bo oni znają się na rzeczy!), ale rocznie nie jest to jakaś oszałamiająca liczba filmów. „Babadook” to jednak wyjątek w bardzo mizernej ofercie polskich dystrybutorów, jeśli chodzi o ten gatunek. To ciekawy, intrygujący horror z rewelacyjnym klimatem, który w dużej mierze na swoich barkach dźwignęła Essie Davis. Australijka w roli rozpaczającej wdowy i matki, która w obliczu rodzinnej tragedii musi nie tylko zaopiekować się swoim małym synkiem, ale też uchronić swoje domostwo, w wyniku dziwacznej książki dziecięcej nawiedzone przez złowieszcze siły, wypadła po prostu znakomicie. Gdyby to była rola stricte dramatyczna, zapewne spadłaby na nią lawina przynajmniej nominacji do najważniejszych, aktorskich nagród, ale – jak wiadomo – w powszechnej świadomości horror funkcjonuje jako drugorzędny gatunek filmowej, jakoś tej splendor jej odebrano. Ja nie chcę się do tego włączać.

Od lat nie było w kinie tak nieoczywistej femme fatale jak Rosamund Pike w „Zagubionej Dziewczynie”. Chłodna, atrakcyjna blondynka, nieźle prezentująca się u boku swojego męża o aparycji Bena Afflecka, z którym z pozoru tworzy całkiem udane małżeństwo. W filmie Finchera jednak przekonujemy się, jak pozory mogą jednak mylić. Podczas gdy Affleck w „Zagubionej Dziewczynie” odebrał po prostu swoją tradycyjnie drewnianą pozę, to Rosamund Pike włożyła w tej film nieco szatańskiej wręcz magii, od początku do końca świetnie odnajdując się w ambiwalentnym położeniu własnej bohaterki i rozumiejąc tajemnicą, jaka kryje się za historią zniknięcia Amy.

Donna Stern w genialnej interpretacji Jenny Slate mogłaby być trzecią kumpelą dziewczyn z fajowego serialu „Broad City”. Osoba z dystansem do samej siebie, niesamowitym poczuciem humoru, bez większych aspiracji i totalnie zagubiona w dorosłości, która nie boi się dzielić najdrobniejszymi, w tym fizjologicznymi, szczegółami z własnego życia z przypadkową publiką podczas darmowych, stand up-owych występów. Uwielbiam takie bohaterki i doceniam, gdy ktoś – w tym przypadku Jenny Slate – potrafi w nie włożyć tyle wyczucia, autentyzmu i charyzmy, że nie sposób takich popieprzonych dziewczyn po prostu nie pokochać.

W beztroski, komediowy język, jakim „Gwiazdę” opowiada Anna Melikian, młoda Tina Dalakishvili wpisała się świetnie. To trochę taki przypadek, jak w zeszłorocznej „Glorii”. Historia o młodej dziewczynie, marzącej o licznych operacjach plastycznych, które miałyby ja przybliżyć do stania się tytułową gwiazdą, nie byłaby tak brawurowa i nie miałaby takiego polotu, gdyby nie energia i charakter Tiny Dalakishvili, tak bezpretensjonalnie wcielającą się w główną bohaterkę rosyjskiego filmu.


Julianne Moore jest jedną z tych aktorek, która ma na swoim koncie wiele świetnych ról, choć czasem pojawia się w niezbyt dobrych filmach, co zapewne (i całkowicie niesłusznie, bo chałturzyć w komediach romantycznych i tym podobnych zdarza się niemal wszystkim) odejmuje jej prestiżu. Rola w „Mapach Gwiazd” jest jedną z jej najznakomitszych. Całe zgorzknienie, egocentryzm, bezwzględność Hollywood, które tak bezlitośnie i brutalnie wypunktował Cronenberg, wylewają się najgęściej i najbardziej spektakularnie właśnie z postaci granej przez Moore. Rudowłosa aktorka ze swoim talentem i genialnym warsztatem świeci szczególnie mocno na tle młodych aktorów, z którymi gra w „Mapach Gwiazd”. Widać wówczas doskonale, jak jeszcze sporo brakuje takiej Mii Wasikowskiej czy Robertowi Pattisonowi do jej poziomu. Poziomu najwyższego.

Brakuje mi w tym zestawieniu aktorek Dolana, zwłaszcza Suzanne Clement, jej Kyla to dla mnie najlepsza kreacja roku.

Jakoś ta piątka bardziej dla mnie zasłużyła.

same jakieś zdezelowane te kobiety

Wysezonowane ;)

Dodaj komentarz