BERLINALE 2016: EPOS REWOLUCYJNY

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

"Lullaby To The Sorrowful Mystery" było moim piątym spotkaniem z Lavem Diazem - filipińskim mistrzem czarno-białego obrazu, który tworzy jedne z najdłuższych filmów świata.



Ten najnowszy trwa ponad 480 minut, czyli 8 godzin. To film epicki i nie chodzi nawet o jego długość. Filipińczyk znów zagląda na karty zawiłej historii swojego kraju, budując epos z prawdziwego zdarzenia, który jednak nie zachwycił mnie tak, jak dwa poprzednie dzieła reżysera. Świetne "Norte, Koniec Historii" i poruszające "Z tego, co było, po tym, co było" miały w sobie coś niesłychanie uniwersalnego i dlatego też przejmującego. Tłem dla "Lullaby To The Sorrowful Mystery" jest natomiast ważny epizod z XIX wieku, rebelia Filipińczyków przeciwko Hiszpanom, okupującym swego czasu ich kraj przez ponad 300 lat. Wydaje się, że to film szczególnie dedykowany współobywatelom Diaza. Wezwanie, by nauczyć się wyciągać wnioski zwłaszcza z tych najbardziej traumatycznych wydarzeń historycznych. By przelana wtedy krew nie poszła na marne. Choć akurat dla tego typu przesłania można by znaleźć zdecydowanie szersze grono odbiorców.

Rewolucja Filipińska miała miejsce pod koniec XIX wieku i nie zakończyła się sukcesem. W filmie Diaza można dostrzec przyczyny porażki - większa siła przeciwnika, zbyt wielu wzajemnie się zwalczających dowódców po stronie filipińskiej, w końcu postawa niektórych jednostek, które zdecydowały się na kolaborację. Reżyserowi nie chodzi jednak o to, by konstruować dzieje tej rebelii, ani nawet pochylać się nad konkretnymi powodami jej klęski.

Ważniejsza niż rewolucyjna faktografia dla Lava Diaza jest np. pieśń miłosna "Jocelynang Baliwang", ówczesny hymn powstańców. Wydaje się, iż to właśnie jej poetycko-nostalgiczna melodia wytycza rytm filmowej historii. Filipińczyk miesza też fakty historyczne z fikcją. Jedną z głównych bohaterek "Lullaby To The Sorrowful Mystery" jest Oryang, żona ojca rewolucji Andresa Bonifacio, która z niewielką grupą wsparcia wyrusza w góry, by odnaleźć ciało męża zamordowanego przez jednego z jego pobratymców. Jej losy splatają się z opowieścią o Isaganim, Simounie i Basilio - fikcyjnymi postaciami z powieści, której akcji toczy się w czasach Filipińskiej Rewolucji. Na drodze ich wszystkich od czasu do czasu stają także postacie z lokalnej mitologii i wierzeń (niemalże jak w antycznej tragedii). Mistycznych elementów w filmie pojawia zresztą więcej.



Lav Diaz znów udowadnia, że jest znakomitym filmowcem. Wie dokładnie, co i jak chce przekazać. Nie zawaha się, by użyć do tego celu najbardziej radykalnych środków. "Lullaby To The Sorrowful Mystery" jest wizualnie piękne, jak większość filmów tego reżysera (skąd on wie, że jak właśnie w tym miejscu postawi kamerę, bo będzie to tak sugestywne i niezwykłe ujęcie?). W tym konkretnym przypadku jednak dopiero po piątej godzinie filmu pojawia się to uczucie, że film jednak dokądś zmierza. Ta pierwsza część sprawia wrażenie dość przydługiej ekspozycji, zbyt monotonnego wprowadzenia w świat przemieszanych porządków historycznego i fikcyjnego, za ospałego zapoznania widza z postaciami. Gdy widać światło w tunelu wędrówki bohaterów, czuje się wówczas na plecach oddech tego wielkiego, zaangażowanego, ale i bardzo osobistego, melancholijnego eposu. Zaskakujące też, iż pomimo początkowej monotonii i dużej zawiłości samej historii (i jej genezy), to 8 godzin jakoś szybko mija.

Na koniec, chciałabym tylko dodać, że generalnie strasznie mi szkoda Lava Diaza. Tak znakomity twórca, bez względu na to, ile nagród wygra i na jakich festiwalach, w dużej mierze przez ekstremalną formę swoich dzieł (i jej - co smutne, bo to wina widzów, nie reżysera - odstraszające właściwości), zawsze pozostanie filmowcem zamkniętym w getcie najbardziej hardcore'owego kina artystycznego, z publicznością w najlepszym wypadku rzędu kilku tysięcy w skali rocznej. Artystą funkcjonującym jednie w festiwalowym obiegu, cieszącym się estymą wśród krytyków i garstki fanów. Podczas gdy tak mądry i świadomy swojej pracy człowiek zasługuje na wiele więcej.

zazdroszczę i czekam na Wro

Chwila, czy Ty tu napisałaś, że to wina widzów, że Diaz kręci filmy, które trwają 8 godzin? ;D Nie chce mi się wierzyć, że te filmy muszą być takie długie, że nie dałoby się tego opowiedzieć w czasie o połowę krótszym. Może to jednak wina twórcy, a nie odbiorców? Względnie niczyja. Diaz kręci filmy dla siebie i takich zapaleńców jak on sam, a reszta ludzi ma prawo trzymać się od tego z daleka.

Winą widzów jest to, że gdy ktoś kręci INNE kino niż to, co zwykle proponują im dystrybutorzy, nie ma ono raczej szans na przebicie się do szerszej publiki, bo nikt na to mu szans nawet nie da. W Polsce często narzeka się, że u nas robi się głównie głupie komedie, ale prawda jest taka, że takie te głupie komedie mają milionową widownię. Gdyby nie miały, nikt by uch nie kręcił i nie chciał dystrybuować:]

Lav Diaz wie o tym równie dobrze jak ty, więc to jego świadomy wybór. Nie chcesz iść na kompromisy, masz kilka tysięcy widzów rocznie. Czego tu żałować?

Jestem idealistką i marzy mi się, by wszyscy ludzie byli inteligentni i delektowali się inteligentną rozrywką:D

Dodaj komentarz