Cannes 2014 (odcinek 1): książę i aktoreczka

Data:

Uroczystym pokazem „Grace – księżna Monaco” rozpoczął się 67. festiwal filmowy w Cannes. Wybór filmu otwarcia doskonale swoim tematem „z wyższych sfer” pasował na kultowy, czerwony dywan na bulwarze La Croisette, ale oczekiwań kinomanów wygłodniałych rocznym oczekiwaniem na filmowe święto na Lazurowym Wybrzeżu nie miał prawa zaspokoić.

Nicole Kidman była kiedyś naprawdę dobrą aktorką, przynajmniej dla mnie utożsamianą z lepszą stroną hollywoodzkiej, filmowej konfekcji. To jednak było kilka kilogramów botoksu temu, gdy Kidman posiadała jeszcze naturalną mimikę twarzy i niewyprasowane włosy. Nie chodzi jednak tylko o złe wybory w kwestii obsady, bo „Grace – księżna Monaco” to nic innego jak tandetna bajka, powielająca z niezwykłą dokładnością schemat „Pretty Women”. Mamy więc dziewczynę z zupełnie innego świata, jej wymarzonego księcia, nawet doradcę manier (!) i oczywiście kłopoty, które stają na drodze ku szczęściu naszej pary. Kidman wygłasza swoje kwestie niczym grzeczna harcerka, Tim Roth nie ma absolutnie, czego zagrać, a Frank Langella od samego zdaje się być pogodzony z tym, że tu nic nie da się zrobić. Już rok temu twórcy „Diany” pokazali, jak nie powinno się przenosić na kinowe ekrany biografii interesujących postaci współczesnej popkultury, tym bardziej szkoda, że Olivier Dahan nie odrobił tej lekcji.

Na szczęście pierwsze propozycje z Konkursu Głównego wypadły całkiem interesująco. Abderrahmane Sissako od czasów prezentowanego kilka lat temu na Nowych Horyzontach „Bamako” zrobił niewielki progres. Reżyser ciągle posługuje się dość prostym językiem, opiera się na jednoznacznych, ładnych kadrach, opowiada wiele, dość epizodycznych historii, które łączy wspólnym mianownikiem. Tym spoiwem w „Timbuktu” jest religijny fanatyzm i zacietrzewienie, niszczące spokojną egzystencję mieszkańców skąpanej w słońcu i piasku wioski gdzieś w afrykańskim Mali. Film rozpoczyna się od sceny, w której zamaskowani islamiści próbują trafić uciekającą antylopę, następnie strzelają do drewnianych rzeźb – świadectw tradycji autochtonicznej ludności z tej okolicy. Islamska rewolucja i jej wojownicy zaczynają śledzić każdy ruch mieszkańców miasteczka, zabraniając im niemalże wszystkiego i nakładając na nich coraz to nowe nakazy i zakazy. Na takim tle rozgrywa się także dramat Kidane – przyzwoitego, miłującego własne domowe ognisko pasterza. Epicka, statyczna, niemalże dumontowska panorama, na której przeciwległych stronach jakże różnie – dosłownie i metaforycznie – kończą się dwa życia to fantastyczna scena, która na długo zostaje w pamięci. Samo „Timbuktu” natomiast nie jest żadnym, uniwersalnym filmem (a szkoda), ani mocnym, politycznym manifestem (na szczęście) albo jedną z tych produkcji, które mają pokazywać, jak okrutnym i dzikim miejscem jest Czarny Ląd. To raczej wyraz troski reżysera, ewidentnie czującego więź z tym rejonem świata, o przyszłość takich miejsc jak Mali. W końcówce filmu najważniejsze stają się dzieci, które, zdaje się mówić Sissako, wcale nie muszą żyć w takiej okrutnej i nieprzyjaznej rzeczywistości.

Za ciekawy temat zabrał się Mike Leigh, który do canneńskiego konkursu przywiózł biophic Williama Turnera – wybitnego angielskiego malarza, który zasłynął przede wszystkim swoimi genialnymi marynistycznymi pejzażami. Widać, że Leigh wiele czasu spędził na studiowaniu biografii artysty, a obrazy samego Turnera stanowiły dla reżysera i jego operatora Dicka Pope’a dużą inspirację. Przede wszystkim praca Pope’a zasługuje na słowa uznania, który mimo ograniczonego budżetu robił, co w jego mocy, by przenieść na ekran turnerowskie malarstwo tak, jak te dzieła na to zasługują. Kwintesencją filmu Leigh jest próba skontrastowania butnej, aroganckiej i nieco odpychającej natury malarza i jego niewątpliwej wybitności – Turner nie tylko pięknie malował wzburzone, morskie pejzaże, ale też dokładnie je studiował, dużo podróżując i pracując w terenie. Instytucją, choć nie najsympatyczniejszą i nie najbardziej przyjemną, stał się już za życia. Leigh jednak trochę zbyt akademicko i ze zbyt dużym respektem podszedł do tematu, bo nawet pokazanie seksualnych obsesji malarza czy też jego osobliwego podejścia do tematu własnego ojcostwa, nie zarysowało tego ładnego, filmowego pomnika. Rolę życia w „Mr. Turnerze” zagrał na pewno Timothy Spall. Ten wiekowy już aktor, znany przede wszystkim z masy tzw. drugoplanowych ról charakterystycznych, potrafił z dużą naturalnością oddać całą barwną osobowość artysty (ach te pomruki dezaprobaty i zdenerwowania!). Dla interesujących się sztuką znajduje się w filmie cała masa historiozoficznych smaczków, jak choćby scena z reakcją angielskiej inteligencji na pierwsze, bardziej impresjonistyczne eksperymenty malarza. „Mr. Turner” to kawał przyzwoitej roboty, ale niedosyt trochę pozostaje.