Cannes 2014 (odcinek 2): chłopcy i dziewczyny

Data:

To wielkie nazwiska przyciągają ludzi do kin. W Cannes czeka się na nowe filmy Cronenberga, Dolana czy Assayasa, ale to też zupełnie nieoczekiwane odkrycia kreują festiwalowe wrażenia. Jedna z takich niespodzianek spotkała mnie już drugiego dnia festiwalu w ramach pobocznej sekcji Tydzień Krytyki, a sprawił ją 30-letni debiutant z Włoch Sebastiano Riso.

Zacznę jednak przezornie: z półtoragodzinnego materiału, który złożył się na „Più Buio di Mezzanotte”, stworzyłabym trochę inny film, bo Riso postanowił poprowadzić swoją fabułę dwutorowo. Pierwsza to czas obecny, druga – retrospektywa z niedalekiej przeszłości. 14-letni Davide (fantastyczny naturszczyk Davide Capone), wrażliwy, zagubiony chłopiec o delikatnej, dziewczęcej urodzie ucieka z domu przed agresywnym ojcem, który nie jest w stanie zaakceptować odmienności syna. Trafia w sam środek podziemnego świata alfonsów i prostytutek, kolorowych homoseksualistów i transwestytów – ludzi ze społecznego marginesu, nieco karykaturalnych, bo jakby żywcem wyjętych z krzykliwych, glam rockowych wideoklipów. Bez problemu znajduje z nimi wspólny język i to właśnie w tym ambiwalentnym półświatku będzie odkrywał własną seksualność. Tam, gdzie Riso sięga po retrospektywne sceny z relacji chłopca ojcem, trochę wieje nudą, ale gdy Davide zanurza się w odmęty podejrzanych dzielnic sycylijskiej Katanii, robi się onirycznie, mrocznie i ciekawie. Włoscy recenzenci tę podróż w posępne miasto i w głąb siebie opisali bardzo fajnym, chwytliwyn hasłem „gdyby Pasolini pisał Dickensa”. Film Riso nie jest jednak ani szczególnie odważny czy obrazoburczy, nie ma odpowiedniej głębi psychologicznej. Reżyser popełnia sporo błędów typowych dla debiutanta – upraszcza, nie potrafi zgrabnie łączyć wszystkich wątków czy konsekwentnie tworzyć postaci, ale mimo to zrobił całkiem dojrzały, niezły, nieoczywisty debiut, który śmiało może wyjść poza ramy kina spod znaku LGBT. A my w Polsce mamy infantylne „Płynące Wieżowce” – smutne.

Powiew świeżości do estetyki filmów coming-of-age wnosi młoda Francuzka, Céline Sciamma. Czarnoskóra 16-latka na rozdrożu własnego życia postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Najpierw zaprzyjaźnia się z grupą wyszczekanych rówieśniczek, z którymi buja się po mieście, imprezuje, szuka kłopotów. Potem zakochuje się, a gdy sprawy nie idą po jej myśli i musi ulotnić się z dzielnicy, zostaje dilerką, by się utrzymać. „Bande de Filles” mógłby nakręcić Spike Lee, gdyby był kobietą i znał klimat paryskich przedmieść. Sciamma ze sporą dozą empatii podeszła do swoich bohaterek, skupiając się nie tylko na ich wyboistej drodze ku dorosłości, ale też tworząc bardzo sensowny portret socjologiczny kolorowych, krzykliwych dziewczyn zamkniętych w szklanych gettach brzydkich, biednych przedmieść. Najbardziej jednak w „Bandes de Filles” ujęła mnie łatwość, z jaką francuska reżyserka unika oczywistych, pretensjonalnych klisz, które tak prosto i bezboleśnie mogłyby złożyć się na los głównej bohaterki (tak też było w nagrodzonym na Berlinale „Tomboyu”). Rześki zmysł estetyczny Sciammy potrafił nawet z tak trywialnej sceny jak ta, gdy odurzone alkoholem nastolatki wystrojone w ukradzione sukienki tańczą i śpiewają „Diamonds” Rihanny, stworzyć szczerą i niewymuszoną apoteozę młodzieńczej wolności. Oklaski na stojąco należą się również czterem aktorkom z fantastyczną, długonogą Karidją Toure na czele, które swoją naturalnością, brawurą i brakiem doświadczenia zbudował tak cudny, ujmujący klimat tego filmu.

Dzisiaj do konkursu o Złotą Palmę wystartował Atom Egoyan. Jego „The Captive” to takie połączenie historii Nataschy Kampush i „Labiryntu” Denisa Villeneuve'a. W niewyjaśnionych okolicznościach zostaje porwana 9-letnia dziewczynka. Po 8 latach zdewastowani rodzice zaczynają podejrzewać, że ich córka ciągle żyje, na nowe tropy trafia także policja. Nastoletnia już dziewczyna przetrzymywana jest przez szefa pedofilskiej siatki, gdzie służy jako internetowa przynęta na inne dzieci. W zamian za posłuszeństwo żyje sobie w spokoju w stylowo urządzonej piwnicy, gdzie dodatkowo ma możliwość inwigilowania marnej egzystencji swoich zrozpaczonych rodziców. „The Captive” posiada tyle błędów, że wypunktuję tylko te największe. W tej zupełnie nieoryginalnej historii (mając w pamięci choćby austriackiego „Michaela” czy izraelskie „Duże Złe Wilki”) bezpłciowa, kryminalna intryga nie tyle nie trzyma się kupy, co jest głupia i naiwna. Bohaterowie są tak niedoprecyzowani, że aż przezroczyści i pozbawieni jakichkolwiek interesujących rysów psychologicznych. Zaskakująco dobrze wypadła dziwaczna, achronologiczna narracja, ale tutaj potęguje ona tylko wrażenie chaotyczności i totalnego braku refleksji nad strukturą i treścią filmu.

***
Festiwalowa lista przebojów:

1. Céline Sciamma: Bandes de Filles (Directors’ Fortnight) – 7/10
2. Sebastiano Riso: Più Buio di Mezzanotte (Critic’s Week) – 6.5/10
3. Shira Geffen: Self Made (Critic’s Week) – 6/10
4. Abderrahmane Sissako: Timbuktu (Konkurs Główny) – 6/10
5. Mike Leigh: Mr. Turner (Konkurs Główny) – 5.5/10
6. Atom Egoyan: The Captive (Konkurs Główny) – 4/10
7. Olivier Dahan: Grace de Monaco (Film Otwarcia – poza konkursem) – 3.5/10

Zwiastun:

Kurczę, zakochałam się w Sciammie od pierwszego obejrzenia. Mam nadzieję, że ktoś z naszych wyhaczy „Bande de Filles” i że będzie szansa obejrzeć to w kinie. Choćby na moim ukochanym WFF-ie. Za "Più Buio di Mezzanotte" też bym się nie obraziła:)

Dodaj komentarz