Cannes 2014 (odcinek 3): wszystkie kolory absurdu

Data:

Gdy piszę tę relację, w tle odbywa się właśnie konferencja prasowa twórców „Saint Laurent”, którzy tłumaczą dziennikarzom z całego świata, jakie mieli intencje, robiąc ten film w taki, a nie inny sposób.

„Saint Laurent” to kolorowy, tętniący życiem fresk z epoki – przełomu lat 60. i 70., gdy projektant był już piękny, sławny i bogaty, ale coraz bardziej uzależniał się od alkoholu i narkotyków. Bertrand Bonello próbuje rysować wizjonera świata mody jako prawdziwego artystę o autodestrukcyjnej naturze, kierowanego przez seksualne popędy, który płaci oczywistą cenę za swój geniusz – umiera w samotności w swoim dostojnym domu pełnym bezcennych błyskotek, rzeźb i obrazów, na które YSL wydawał zarobioną fortunę. Z filmu wyłania się też obraz projektanta uwięzionego w więzieniu, które sam stworzył, gdzie pracował i bawił się bez opamiętania, nie zajmując się w ogóle biznesową stroną własnej marki. To zostawił grupie lojalnych współpracowników, którzy dopilnowali, by YSL nie tylko nie sięgnął dna, ale też przetrwał i został wizytówką jednego z największych i najbardziej wpływowych domów mody na świecie. Projektant w wydaniu Gasparda Ulliel ma szarmancki uśmiech i melancholijny wzrok, ale jest tylko ładnym tłem dla obrazu szalonego przełomu wieków, który widzieliśmy już w tak wielu filmach. To, co najlepsze, Bonello pozostawił na koniec – kultowy pokaz inspirowanej Marrakeszem kolekcji z połowy lat 70., który stworzył, dzieląc ekran jak w obrazach Mondriana (to od projektu sukienki inspirowanej tym malarzem rozpoczęła się wielka kariera YSL). Jest tu przepych, piękno i splendor – znakomity pomysł na zakończenie i świetny hołd dla modowej ikony, tym bardziej szkoda, że zdecydowanie bardziej konwencjonalna reszta, choć wizualnie przyjemna i dopieszczona w każdym detalu, nie dorównuje finałowi filmu.

Dużo śmiechu dostarczyło argentyńskie „Relatos Salvajes” – pięć filmowych nowelek koncentrujących się wokół ludzkich emocji: gniewu, złości, mściwości, zawiści, nerwowości. Trzeba przyznać, że Damian Szifrón z dużym polotem (bo i zapewne niemałym budżetem, co widać), brawurą i czarnym humorem skomentował ludzką wybuchowość w chwili słabości, nerwowe załamania i momenty kryzysu. Nie wszystkie części filmu są oczywiście równie śmieszne i wyrafinowane. Najlepsza to ostatnia, gdy panna młoda na weselu odkrywszy, że świeżo poślubiony małżonek ją zdradzał, postanawia zrobić mały armagedon. Przezabawny jest też prolog w samolocie – w trakcie konwersacji pasażerowie odkrywają, że na pokładzie nie znaleźli się przez przypadek, a to, co ich łączy i dlaczego, będzie świetną puentą tej historii. W ogóle „Relatos Salvajes” to bardzo dowcipna, relaksująca propozycja, pod którą jako jeden z producentów podpisał się sam Pedro Almodovar, co całkiem sporo mówi o tym, z jakim rodzajem humoru możemy się tu spotkać.

Zaskakującym filmem powróciła do Cannes Jessica Hausner. Austriaczka opowiedziała historię samobójstwa poety Heinricha von Kleista, jakby reżyserowała stylowy, finezyjny teatr absurdu. Zblazowany literat w Berlinie 1811 roku poszukuje współtowarzyszki do samobójstwa z miłości. Gdy odmawia mu ukochana kuzynka, wybierając jednocześnie małżeńską propozycję majętnego Francuza, Heinrich swój wzrok kieruje w stronę prostodusznej i nieco naiwnej arystokratki Henriette Vogel – wiernej mężatki i przykładnej matki. Kobieta nie podziela destrukcyjnych zapędów poety, ale zaczyna rozważać jego propozycję w momencie, gdy dowiaduje się, że najprawdopodobniej cierpi na śmiertelną chorobę. Hausner pięknie wypunktowała całą groteskowość tej sytuacji. Heinrich nie kocha Henriette, ale tę miłość bez skrupułów jej wmawia, by ta popełniła z nim samobójstwo. Także arystokratka nie darzy uczuciem poety, ale udaje, że jest inaczej, by tylko zgodzić się przed samą sobą na jego propozycję. „Amour Fou” ogląda się, jakby przez 2 godziny spacerowało się po galerii klasycystycznego malarstwa – statyczne, wystylizowane, spokojne kadry, oszczędne aktorstwo składają się na bardzo teatralny (co na dłuższą metę jednak trochę meczy), ale całkiem inteligentny i oryginalny film. Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie za to sama Jessica Hausner. Ze swoją wrodzoną skromnością i ujmującą naturalnością zdawała się być bardziej przytłoczona uroczystą premierą w Cannes niż jej bohaterka umizgami zalotnika-samobójcy.

Równie absurdalnym momentem był seans nowego filmu Shiry Geffen. Reżyserka „Meduz” (Złota Kamera w 2007 roku) i partnerka Etgara Kereta, z którym zresztą swój debiut zrealizowała, ubrana w koszulę nocną i ortopedyczne buty na metalowej podeszwie niezrozumiałą angielszczyzną próbowała tłumaczyć, o czym zrobiła swój drugi film, ale najwyraźniej sama niespecjalnie wiedziała. Ja też do końca nie wiem, ale „Self Made” całkiem dobrze się ogląda. Poprzez przeplatające się w dziwaczny, surrealistyczny sposób losy dwóch kobiet z Jerozolimy – bogatej żydowskiej artystki i skromnej Arabki pracującej w fabryce – Geffen próbuje pokazać niejednoznaczność kobiecych ról we współczesnym Izraelu. Nie zwracając uwagi na zbyt czytelne, czarno-białe kontrasty i zagmatwane metafory, „Self Made” w sporej części to odważna, czarna komedia, przeplatająca się z tym realistyczno-magicznym stylem, który tak zachwycił w przypadku „Meduz” kilka lat wcześniej.

***
Festiwalowa lista przebojów:

1. Céline Sciamma: Bandes de Filles (Directors’ Fortnight) – 7/10
2. Sebastiano Riso: Più Buio di Mezzanotte (Critic’s Week) – 6.5/10
3. Shira Geffen: Self Made (Critic’s Week) – 6/10
4. Jessica Hausner: Amour Fou (Un Certain Regard) – 6/10
5. Damian Szifrón: Relatos Salvajes (Konkurs Główny) – 6/10
6. Bertrand Bonello: Saint Laurent (Konkurs Główny) – 6/10
7. Abderrahmane Sissako: Timbuktu (Konkurs Główny) – 6/10
8. Mike Leigh: Mr. Turner (Konkurs Główny) – 5.5/10
9. Djinn Carrenard: FLA (Critic’s Week) – 5/10
10. Atom Egoyan: The Captive (Konkurs Główny) – 4/10
11. Olivier Dahan: Grace de Monaco (Film Otwarcia – poza konkursem) – 3.5/10