FESTIWAL PO WARSZAWSKU: MARZENIA DO SPEŁNIENIA

Data:

„Serce, Serduszko” Jana Jakuba Kolskiego grzeszy niewyobrażalną wręcz naiwnością, charakterystyczną przede wszystkim dla niewymagającego kina familijnego. Jednak od czasu do czasu, co chyba najbardziej zaskakujące, reżyser potrafił zagrać na bardzo sympatyczną, dowcipną nutę, o co w ogóle bym go nie podejrzewała.

Mała Maszeńka ma jedno, poważne marzenie: chce wyjechać na egzamin do szkoły baletowej, która oddalona jest od jej aktualnego miejsca pobytu o ponad 600 kilometrów. Po śmierci matki dziewczynka zamieszkała w domu dziecka, bo jej ojciec, z rozpaczy po śmierci żony, zaczął nadużywać alkoholu i chyba dlatego nie potrafił się już dzieckiem odpowiednio zaopiekować. Maszeńka regularnie z bidula ucieka, jedzie do ojca, chcąc go zmobilizować, by zabrał ją na egzamin. Jak dotąd próby dziewczyny nie kończyły się powodzeniem, wszystko się jednak zmienia, gdy w bieszczadzkim domu dziecka pojawia się Kordula – nowa opiekunka. Wytatułowana, pomalowana jak na przyjęcie z okazji Halloween, zachowująca się jak ktoś, kto ewidentnie nie powinien zbliżać się do wrażliwych, porzuconych małoletnich. Nie dość, że Kordula dostaje pracę w sierocińcu, to jeszcze pomaga Maszeńce w realizacji marzenia o szkole baletowej.

Utrzymane w duchu kina drogi „Serce, Serduszko” jest poczciwe aż do bólu i zupełnie wręcz nieprawdopodobne. Dzięki różnym zbiegom okoliczności małej Maszy nie tylko udaje się dotrzeć do celu, ale też odbudować relacje z ojcem, który dziwnym trafem praktycznie z dnia na dzień z beznadziejnego alkoholika zamienia się w kochającego rodzica, robiącego wszystko, by pomóc córce zrealizować marzenia, przy okazji otoczy też opieką słodziutkiego kurczaka, który ukrył mu się w samochodzie. Po drodze z bieszczadzkiej wioski do Gdańska dziewczynka i jej osobliwa opiekunka oczywiście spotkają całe grono kolorowych, życzliwych postaci, które dadzą im wiele mądrych, życiowych porad, jak naprawić błędy z przeszłości i podadzą pomocną dłoń. Porwanej z domu dziecka przez opiekunkę (pracującą tam raptem jeden dzień!) Maszy oczywiście nikt jakoś specjalnie nie szuka (mimo że każdy domyśla się, dokąd dziewczynka zmierza). Sztuczne w filmie Kolskiego są też same postacie. Żywcem wyjęte z nudnej bajki dla dzieci, którą zresztą Maszeńka przez cały czas rysuje (choć te animowane fragmenty są akurat całkiem fajne). Wyszło natomiast kilka żarcików – videoblog księdza i jego opiekuńcza gospodyni Pelasia, a nawet w pewnym stopniu finałowy performance ojca na dworcu, nieźle w roli Maszy wypadła też młoda debiutantka, Marysia Blandzi, która naprawdę w tej roli dobrze się bawiła.

Jako kino familijne dla wyjątkowo niewybrednego widza „Serce, Serduszko” powinno sprawdzić się idealnie, choć boję się, że absolutnie dla każdego niemałą traumą skończy się końcowa piosenka w filmie (idealna do wykorzystania w samorządowej kampanii wyborczej PSL). To jest ten moment, gdy ktoś powinien reżyserowi powiedzieć, gdzie powinno być final cut. Szkoda, że nikt tego nie zrobił.