Na horyzoncie widziałam... (7-ost.)

Data:

Za horyzontem Nowych Horyzontów kryje się coraz mniej nowohoryzontowości – taką diagnozę w skrócie można wystawić tegorocznej edycji festiwalu Romana Gutka. Mając za sobą festiwal w Cannes, gdzie widziałam prawie wszystkie hity prezentowane też we Wrocławiu, poczułam, że oferta Nowych Horyzontów nie jest dla mnie szaleńczo atrakcyjna.
.

Filmów na Nowych Horyzontach ciągle jest dużo. Za dużo. W dalszym ciągu festiwal to miejsce trudnych wyborów, dla najwytrwalszych około 50 pokazów, choć na poziomie 12-tej edycji imprezy, zorganizowanej coraz bliżej perfekcji. W tym roku nie szwankował internetowy system rezerwacji, nie było większych obsuw w projekcjach, spowszedniały narzekania na brak „cieszyńskiego” lub „sanockiego” klimatu festiwalu, widzowie z karnetami przyzwyczaili się do nieco uprzywilejowanej pozycji osób z biletami, dobrze spisywali się wolontariusze, poza niefortunną i karygodną sytuacją z drugą projekcją konkursowej „Donomy” (seans został przerwany z powodu kłopotów technicznych i przełożony na wyjątkowo niekorzystny termin) i jednym pokazem meksykańskiego
„Nieszczęścia” (film był zbyt ciemny) obyło się bez większych wpadek technicznych. W przypadku francuskiego filmu w ogóle sprawiedliwości stało się zadość – „Donoma” wygrała Nagrodę Publiczności i zostanie pokazana w regularnej, kinowej dystrybucji.

Jeśli chodzi o ofertę filmową festiwalu, to była w tym roku bardzo dobra. Canneńskie hity z nagrodzoną Złotą Palmą „Miłością”, produkcje z całego świata doceniane na innych, cenionych festiwalach, przedpremierowe pokazy jesiennych premier kinowych, świetne retrospektywy z udziałem twórców (tylko Ulrich Seidl ostatecznie nie pojawił się we Wrocławiu), interesujące sekcje tematyczne – czyli coś dla każdego, jednak zawsze się znajdzie jakieś „ale”…

KONKURSOPHRENIA
.

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty zawsze był najważniejszym punktem festiwalu, starannie selekcjonowaną sekcją przez głównych twórców przedsięwzięcia. Od niego przez wiele lat stali bywalcy rozpoczynali programowanie swojego festiwalu. Też tak miałam – do czasu. Konkurs, który kiedyś prezentował filmy dobre i złe, ale zawsze wywołujące emocje, z roku na roku subtelnie zmienia swoje oblicze. W tym roku w sekcji znalazło się wyjątkowo mało nowohoryzontowych propozycji, pokazano bezpieczne „kino środka”, którego poziom w dodatku okazał się bardzo przeciętny. Powiedzmy sobie jasno: to był chyba najgorszy konkurs w historii Nowych Horyzontów. Grand Prix i Nagrodę FIPRESCI otrzymały dwie, wyraźnie odbiegające od reszty produkcje. „Od czwartku do niedzieli” młodej reżyserski z Chile opowiadające subtelną historię o rozpadzie rodziny wygrało już wcześniej w Rotterdamie, zaś „Sąsiedzkie Dźwięki” – finezyjny, acz niepozbawiony dziwacznych rozwiązań fabularnych współczesny traktat o komunikacji międzyludzkiej na przykładzie osiedla w brazylijskim mieście Recife, na tej samej imprezie także otrzymał wyróżnienie przyznawane przez dziennikarzy. Co ciekawe, równorzędne nagrody co film Domingi Sotomayor Castillo w Holandii dostał serbski „Klip” i chińskie „Jajko i kamień” – te dwa tytuły znalazły się jednak już w sekcji Panorama. Dużo więcej nowohoryzontowych propozycji weszło w skład innych sekcji zamiast znaleźć się w głównym konkursie. Połowa kina meksykańskiego, kilka rzeczy z Panoramy, a nawet nowe dzieło Przemysława Wojcieszka (abstrahując od uczestnictwa w jury reżysera), przy wycofaniu się z konkursu dla filmów polskich, mogły spokojnie wejść do nowohoryzontowego konkursu. Publiczność wybrała w gruncie rzeczy najbardziej sympatyczny i po ludzku dowcipny film w konkursie. „Donoma” kosztowała raptem kilkaset euro, powstała w chałupniczych warunkach, opiera się na zbiorowym pomyśle grupy zapaleńców. Na ekranie oglądamy parę przeplatających się historii młodych ludzi ze sporym rozstrzałem problematyki, tak więc w filmie powinien znaleźć coś dla siebie każdy młody człowiek w przedziale wiekowym 16-35 lat.

Gdybym miała wskazać najlepszą propozycję konkursową, wybrałabym bez wątpienia „Sąsiedzkie Dźwięki” za świeżość spojrzenia i przejawy prawdziwego, filmowego kunsztu, choć w moim prywatnym rankingu najlepszych filmów festiwalu, jeśli miałabym jeszcze wliczać te oglądane w Cannes, wątpię, czy brazylijski tytuł załapałby się choćby w okolice 15 miejsca. Z najgorszą, konkursową pozycją mam już większy problem – kandydatów jest co najmniej trzech. Ostatecznie wygrywa „Francophrenia” z hollywoodzką gwiazdą, Jamesem Franco na pierwszym planie, który grając samego siebie, pozwala widzom wkraść się do swojej pokracznej i wystylizowanej na schizofreniczną psychiki podczas kręcenia jednego z odcinków amerykańskiego tasiemca „General Hospital”. Fajnie, że Franco ma do siebie dystans, ale nie wiem, czemu film miał służyć, a śmieszny był przez jakieś 10 minut.
.

Spory przekrój dokumentalnych i paradokumentalnych produkcji znalazł się także w Międzynarodowym Konkursie Filmy o Sztuce. Z jednej strony rewelacyjne, choć przesadzone w mitologizowaniu grupy LCD Soundsystem, profesjonalne „Zamknij się i graj”, z drugiej strony – spontaniczne „Love Story”, gdzie sympatyczny Nowozelandczyk odpytuje mieszkańców Nowego Jorku, jak nakręcić idealny film o miłości i stosuje ich rady w praktyce. Florian Habicht to zdecydowanie najbardziej sympatyczna postać festiwalu. Spotkania z nim po projekcji „Love Story” były świetnym dopełnieniem jego zabawnego, lekkiego filmu. Twórca dał się poznać także jako miłośnik kolorowych spodni (ze względu na nieprzychylny wzrok autochtonów różowe ubrał tylko raz) i koneser dobrego kina – zobaczył na festiwalu większość filmów z retrospektywy Dušana Makavejeva. Jury, w którym znalazł się m.in. Zbigniew Libera, nagrodziło „Zespół Punka”. Fiński dokument o szczerych, punkowych muzykach – kontestatorach rzeczywistości, emanuje spontanicznością, zrobiony został z dystansem i dowcipem, stara się wnieść trochę uniwersalnej, społecznej refleksji o współczesnej kulturze i świecie, który nas otacza. Podobnie jak reszta nagrodzonych tytułów, także „Zespół Punku” w 2013 roku trafi na kinowe ekrany. Porównując jednak wszystkie konkursowe filmy o sztuce z niemalże wybitnym dokumentem o ikonie performance’u i body artu, Marinie Ambramović, prezentowanym w Pokazach Specjalnych, można tylko głośno westchnąć. Marinę w polskich kinach natomiast będzie można zobaczyć już w październiku.

KINO Z POŁUDNIOWYCH KRAIN
.

Filmy z latynoskiego kręgu kulturowego i Ameryki Południowej na festiwalu miały swoje osobne miejsce. Produkcje z Chile i Brazylii wygrały nagrody, parę tytułów z tego regionu pojawiło się w Panoramie (w tym „Rok Tygrysa” Sebastiána Lelio – niegdyś Sebastiána Camposa reżysera „Świętej Rodziny” – hitu z Nowych Horyzontów 2006), najbardziej nowohoryzontowe rzeczy znalazły się w sekcji Kino Meksyku, swoją retrospektywę we Wrocławiu miał też Carlos Reygadas. Meksykański twórca jest świetnie znany nowohoryzontowej publiczności. Niegdyś przecież zachwycaliśmy się jego „Cichym Światłem”. Choć reżyser ze swoim mistycznym podejście do rzeczywistości i sztuki filmowej, nie zostanie ulubieńcem każdego, na pewno sporym wydarzeniem była polska premiera „Post Tenebras Lux”, za które Reygadas dostał kontrowersyjną nagrodę za reżyserię w Cannes.

Na szczególną uwagę zasłużył solidny „Rok Tygrysa”, gdzie apokaliptyczny świat po ataku kataklizmów, staje się przestrzenią do zadawania pytań o człowieczeństwo w obliczu niezmierzonej potęgi natury. Najciekawszym tytułem z sekcji Kino Meksyku było „Nieszczęście”. Młody debiutant zmierzył się z tematem starości w dość osobliwy, mroczny sposób i nawet jeśli całkiem statyczna, właściwie pozbawiona słów forma filmu, wymaga dość dużo skupienia i uwagi widza, nazwisko Michela Lipkes na pewno warto zapamiętać. Swoją drogą „Nieszczęście” to jedna z najbardziej nowohoryzontowych – w dobrym znaczeniu – propozycji na festiwalu. Tragiczną historią naznaczona jest społeczność małego miasteczka w Salwadorze. Cinquera niemalże zniknęła z ziemi w czasie wojny domowej, a sporo jej mieszkańców w okrutny sposób straciło życie. Tatiana Huezo zestawia przejmujące wspomnienia mieszkańców Cinquery ze współczesną, niespieszną egzystencją praktycznie odbudowanej już wioski, czym wzruszała widzów.

SZALEŃSTWO HITÓW
.

Nowe Horyzonty otworzyła świetna „Miłość” Hanekego – w tym roku jedna z propozycji must see, do kin trafi jesienią. Wydarzeniem była tez polska premiera „Holy Motors” i przyjazd reżysera filmu do Wrocławia. Leos Carax pozostawił po sobie dużo więcej pytań niż odpowiedzi, spotkania z nim były przeżyciem raczej z gatunku tych abstrakcyjnych. Jedną z niewielu rzeczy, którą się o jego najnowszej produkcji dowiedzieliśmy było wyznanie, że nie ma pojęcia, kim jest David Cronenberg, a rola modelki stworzona została z myślą o Kate Moss (ostatecznie zagrała ją Eva Mendes). „Holy Motors” to jednak fantastyczny film, wyjątkowy i oryginalny, zrobiony z pasją i fantazją przez prawdziwego wizjonera kina. Kto przegapił, niech żałuje. Sama wybrałam się drugi raz.

Z Cannes do Wrocławia przyjechały ponadto nowe dzieła m.in. Xaviera Dolana, Abbasa Kiarostamiego, Apichatponga Weerasethakula (jego retrospektywa ma odbyć się na kolejnej edycji Nowych Horyzontów), Cristiana Mungiu czy rewelacyjne „Bestie z południowych krain”. „W drodze” – młodzieżowa, acz uroczo sentymentalna ekranizacja najważniejszej książki amerykańskich bitników w reżyserii Waltera Sallesa, zamykała festiwal. Berlinale we Wrocławiu reprezentowały m.in., „Wiedźma Wojny”, „Siostra” czy wspomniany dokument o Marinie Ambramović. Sekcja Panorama z przeglądem światowego kina w tych roku w ogóle liczyła blisko 40 tytułów i naprawdę było z czego wybierać.
.

Fajnie oglądało się kino czysto rozrywkowe. Przesiąknięte groteskowym humorem „Wrong” Quentina Dupieux (reżysera „Opony”) czy lekka, niezależna komedia „Siostra twojej siostry” z uroczą Emily Blunt w obsadzie były jaśniejszymi punktami programu festiwalowego. Gdzieś pomiędzy rozrywką a autorsko zinterpretowaną dekadencją plasuje się „Legenda Kaspara Hausera” Davide Manuliego. Transowa muzyka Vitalica, genialny Vincent Gallo i mesjanizm w rytmach umcy-umcy to jeden z moich ulubionych momentów Nowych Horyzontów. Jednak do całej sekcji Trzecie Oko, mimo początkowego entuzjazmu, stosunek mam raczej ambiwalentny. Niespecjalnie przekonała mnie też w tym roku projektowana przez miłośniczkę popkultury, Kaję Klimek, sekcja Nocne Szaleństwo (Re-mixed. Ze sceny na ekran). Niemniej tutaj zarzut mam podobny od lat – nie widzę nic atrakcyjnego w oglądaniu starych filmów, z których większość od czasu do czasu zobaczyć można w telewizji. W Midnight Madness w Toronto można co roku oglądać mniej lub bardziej ambitne, nowe kino sensacyjne, thrillery czy filmy grozy – czegoś takiego od lat brakuje mi na Nowych Horyzontach. Wieczorami we Wrocławiu pozostaje jedynie klub festiwalowy w Arsenale albo własne łóżko.

We współpracy z festiwalem w Gdyni odbyły się pokazy polskiego kina we Wrocławiu. Wydarzeniem były seanse „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida o kulisach powstania pierwszej płyty legendarnych hip hopowców z Paktofoniki oraz nowy film Piotra Trzaskalskiego – „Mój Rower”. W przypadku „Jesteś Bogiem” mimo dobrych chęci, oglądamy film grzeczny, starający się nikogo nie urazić, co niejako było warunkiem, by w ogóle powstał. Film reżysera „Ediego” natomiast to czystej rasy niedzielne kino familijne, dla całej rodziny, budujące i krzepiące prostacko optymistycznym przekazem. Intrygujący pomysł i świetna strona wizualna nie pomogły „Sekretowi” Wojcieszka, który jest dziełem niepełnym i niejasnym. Znakomita rola Katarzyny Herman nie uratowała z kolei „W sypialni” z pułapki rodzimej przeciętności.

RETROSPEKTYWA NIE JEST PTAKIEM
.

Pozytywnie zaskoczyła mnie retrospektywa Dušana Makavejeva. Sam reżyser okazał się już dość sędziwym staruszkiem (choć żona i producentka jego filmów widać, iż mocno trzyma go w ryzach), który dość pokrętnie opowiadał o kulisach powstania swoich produkcji oraz o czasach, w jakich przyszło mu je tworzyć. Pierwsze filmy bałkańskiego reżysera to fajne, nowofalowe opowieści w duchu wczesnego Godarda i Formana, z całą masą rozbrajających absurdów komunistycznej rzeczywistości. W latach 70tych Makavejev kręcił głównie filmy kontrowersyjne, jak „WR – tajemnice organizmu” (musiał wyemigrować po nim z kraju) czy „Sweet Movie” (potępienie za ten film spadło nie tylko na reżysera, ale też na aktorkę, Annę Prucnal, której w Paryżu zabrano polski paszport i nie pozwolono wrócić do kraju), siermiężna erotyka oraz wiele niesmacznych elementów miesza się z poważną tematyką społeczno-polityczną. W latach 80tych dał się głównie poznać jako reżyser czarnych komedii, z których najlepszymi są „Czarnogóra” i „Coca-Cola Kid”. Dušan Makavejev przestać kręcić filmy, bo jak sam powiedział – w pewnym momencie nie mógł już znaleźć na nie źródeł finansowania.

Nie zaliczam się do fanów Ulricha Seidla, „Raj: Miłość” to jeden z gorszych filmów, jakie widziałam w Cannes (doceniam próbę zwrócenia uwagi na ważny problem, ale wykonanie w ogóle mi nie podeszło, zaś główna bohaterka mnie przede wszystkim irytowała), a i pozostałe fabuły Austriaka nie są moimi ulubionymi. Na Nowych Horyzontach zaprezentowano też sporą ilość dokumentów Seidla. Przeglądy Giersza, Tscherkassky’ego czy produkcji ze studia im. K. Irzykowskiego to raczej sekcje drugorzędne, choć sama żałuję, że przegapiłam „Nadzór” Saniewskiego, który zawsze chciałam zobaczyć. Gościem festiwalu przez chwilę był Mariusz Treliński, który zasmucił mnie informacją, że nie podoba mu się przed laty przez niego wyreżyserowane „Pożegnanie Jesieni”. Ekranizacja Witkacego to jeden z moich ukochanych, polskich filmów, nawet jeśli scenograficznie trochę się zestrzał, w dalszym ciągu uważam go za jeden z najdoskonalszych, biorąc pod uwagę skalę światową, przykładów kina dekadenckiego .

***
.

Na koniec tejże osobistej relacji 10 moich ulubionych festiwalowych filmów (bez tytułów z Cannes i tylko rzeczy nowe):

10. Tatiana Huezo: Najmniejsze Miejsce na Świecie (Kino Meksyku) - mały film, dużo wzruszeń

9. Florian Habicht: Love Story (Konkurs Filmy o Sztuce) - przesympatyczny gość sponstanicznie bawi się formą, robiąc "film w filmie o filmie"

8. Anna Hui: Proste Życie (Panorama) - o umieraniu ze starości w sposób prostolinyjny, naturalny, pozbawiony ckliwości i przesadnego dramatyzmu

7. Kleber Mendonça Filho: Sąsiedzkie Dźwięki (Konkurs Nowe Horyzonty) - już pisałam, że świeże, kunsztowne i całkiem wnikliwe, choć trochę na wyrost doceniane

6. Lynn Shelton: Siostra Twojej Siostry (Panorama) - za uśmiech i zakamuflowaną promocję rodziny nowego typu 3+1

5. Maja Miloš: Klip (Panorama) - jeśli przeżyje się pornograficzne sceny w filmie z domniemanym udziałem nieletnich, dostrzeże się sensowną refleksję o tym, co powinno być w życiu ważne; plus niesamowita, ostatnia scena

4. Ursula Meier: Siostra (Panorama) - niezwykła, kobieca wrażliwość, Dardennowska stylistyka i rodzinna tajemnica

3. Davide Manuli: Legenda Kaspara Hausera (Trzecie Oko) - bo Gallo, bo muzyka, bo umcy-umcy

2. Will Lovelace, Dylan Southern: Zamknij się i graj (Konkurs Filmy o Sztuce) - popisowy przykład dokumentu muzycznego, tak właśnie powinno się to robić

1. Matthew Akers: Marina Abramović: The Artist Is Present (Pokazy Specjalne) - chwyciło mnie za serce, jak ludzi siadali na przeciw niej po wielogodzinnym staniu w kolejce i zaczynali płakać

A gdyby sie kto pytał, co to za zdjęcie nr 1, to uprzejmie donoszę, że jest to sala Prelude w hotelu Scandic, gdzie szanowny Lapsus płaszczył tyłek do południa zamiast chodzić do kina na zajęciach Nowych Horyzontów Edukacji Filmowej.

Dodaj komentarz